„Do dziecka trzeba mówić normalnie!!! Jak mam wpłynąć na teściów, żeby przestali do małego puciać?”

Puciać, czy nie puciać? Oto jest pytanie!

Zadałam je kilku znajomym osobom i wszystkie zgodnie stwierdziły że pucianie* do niczego dobrego nie prowadzi: nie chcemy przecież, żeby dziecko wyrobiło sobie złe nawyki i stało się pośmiewiskiem kolegów w przedszkolu. A poza tym, jest to okropnie denerwujące.

Wyobraźcie sobie, że pucianie, czyli to w jaki sposób dorośli mówią do niemowląt, stanowi przedmiot badań. Okazuje się, że w prawie wszystkich kulturach występuje jakiś rodzaj tzw. „języka nianiek”. Dorośli instynktownie modyfikują swój sposób mówienia, zwracając się do małego dziecka. Zakres tych zmian może być bardzo różny, lecz generalnie mają one kilka wspólnych cech, np.:

-wznosząca intonacja (pytania zamiast stwierdzeń), mówienie wysokim, melodyjnym głosem, wzmocnione akcentowanie (przedłużanie niektórych samogłosek);

-liczne powtórzenia i uproszczone wypowiedzi;

-zniekształcona, spieszczona wymowa niektórych głosek;

-stosowanie dziecinnych słów, często onomatopeicznych, np. am, buju buju, brum brum, etc. (temu tematowi poświęcę jeden z kolejnych postów).

Eksperci wprawdzie różnie oceniają taki sposób zwracania się do dzieci, ale wielu podkreśla jego pozytywne znaczenie. Najważniejsze są ciepłe uczucia, które opiekun przekazuje dziecku. Poza tym przypuszcza się, że język nianiek sprzyja rozwojowi mowy.

We wcześniejszych postach dużo pisałam o muzycznej wrażliwości niemowląt i o tym, że dzieci zaczynają odbierać język właśnie za pośrednictwem jego muzycznych cech już w życiu płodowym.

W oparciu o nie maluchy rozgryzają system, jakim jest język. Spróbujmy uświadomić sobie ogrom stojącego przed nimi zadania. Co się dzieje, gdy sami słyszymy zupełnie nowy język? Nie mamy pojęcia, gdzie zaczynają się i kończą słowa, nie potrafimy powtórzyć wielu głosek, wydają nam się jakimś nieokreślonym, przedziwnym bełkotem, często mamy nawet trudności z odczytaniem emocji mówiących, o zrozumieniu znaczenia ich słów nie wspominając. Natomiast malutki człowieczek, który „nic nie potrafi” i którego „wszystkiego musimy nauczyć” w ciągu zaledwie kilkunastu miesięcy rozpracowuje podstawy systemu, pojmuje jego znaczenie i zaczyna go twórczo i sensownie stosować!

Język nianiek, właśnie dzięki swojemu przerysowaniu i powtarzalności pomaga dziecku w tym zadaniu. Niemowlęta zwracają żywszą uwagę na taką wyrazistą mowę i najczęściej bardzo im się ona podoba. Wydaje się, że działa tu pewnego rodzaju naturalny mechanizm.

Oczywiście pomimo podobieństw, w różnych kulturach język nianiek wygląda różnie, w zależności od temperamentu danej społeczności. Więc jeśli na myśl o pucianiu przechodzą Was ciarki, to myślę, że nie musicie zmuszać się do przesadnych wygłupów. Natomiast warto pamiętć, że niemowlakom służy, gdy mówimy do nich w sposób melodyjny, wyrazisty, wyraźny, nie nazbyt szybki, kiedy stosujemy liczne pytania, powtarzamy słowa, przeformułowujemy wypowiedzi, używamy prostych zdań.

Chciałabym też uspokoić tych Czytelników lub te Czytelniczki, którzy w tytule tego artykułu rozpoznali swoje słowa lub skryte myśli i może przez chwilę poczuli się nieswojo a nawet ogarnęła ich obawa, czy aby nie zaszkodzili jakoś własnemu dziecku nie puciając. Spokojnie, według badaczy, nawet te osoby, które deklarują, że mówią do dziecka w sposób niezniekształcony i normalny, są świadome jedynie kilku aspektów swojej mowy, natomiast bardzo wiele modyfikacji w kontakcie z niemowlęciem wprowadzają zupełnie bezwiednie. Poza tym zawsze można liczyć na to, że nasi teściowie i rodzice za naszymi plecami, wykonywali krecią… to znaczy… dobrą robotę.

Żeby zachować w miarę czyste sumienie muszę napomknąć jeszcze o dwóch sprawach.

Po pierwsze, istnieje jeden aspekt języka nianiek, który przez specjalistów jest jednak dość powszechnie uważany za szkodliwy, chodzi o zniekształcanie wymowy na wzór wymowy dziecięcej, najczęściej jest to zmiękczanie albo spieszczanie np. nióźki, jońćki etc. Sama akurat mam kilkumiesięczne, słodkie niemowlę i muszę przyznać, że czasem po prostu chce mi się puciać w ten sposób. Ze starszym dzieckiem (też słodkim) te numery już nie przechodzą, bo zaczyna mnie poprawiać (Nie mówi się jońćki tylko jońćki!) albo się złościć. Ech! Ma oczywiście rację, bo dziecko uczy się takiej wymowy, jaką słyszy i w związku z tym powinno słyszeć poprawną. To samo dotyczy poprawności gramatycznej.

Po drugie wszystko pięknie, ale upupiać dzieci też nie należy (moim zdaniem). Czas puciania szybko przemija i to co sprzyja rozwojowi mowy u niemowlaka, dla trzylatka będzie uwłaczające. Język jakim zwracamy się do dziecka, powinien być dostosowany do poziomu jego rozwoju, powinien zmieniać się w miarę upływu czasu i stopniowo zbliżać się do języka dorosłego; zawsze powinien być poprawny, zrozumiały, choć równocześnie powinien stanowić dla dziecka pewne wyzwanie.

No i najważniejsze: do dziecka trzeba po prostu mówić i każdy sposób będzie lepszy niż zupełne milczenie.

Co Wy na takie diktum? Przekonałam Was do puciania, czy nie bardzo? A może zawsze z upodobaniem je praktykowaliście? Jestem bardzo ciekawa Waszych doświadczeń i przemyśleń!

*Pucianie – trafiłam na ten termin na jakimś forum dla mam i strasznie przypadł mi do gustu, dlatego w kółko go tu powtarzam, mimo, że nie do końca jest on odpowiednikiem „języka nianiek”, czyli języka jakim dorośli opiekunowie zwracają się do niemowląt, a właściwie najlepiej oddaje jego negatywny aspekt.

 

Przy pisaniu tego tekstu korzystałam z publikacji:

Mowa dorosłych kierowana do niemowląt, Stanisław Milewski, Wydawnictwo Uniwersytetu Gdańskiego, 2004

Rozwój sprawności językowych i komunikacyjnych, Maria Kielar-Turska w Diagnoza logopedyczna. Podręcznik akademicki, red. Ewa Czaplewska, Stanisław Milewski, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, 2011

Polub, podziel się:

Po co rodzicom niemowląt znajomość pieśni patriotycznych?

baby-499976_1280

Pierwsze słowo ze zrozumieniem dziecko zazwyczaj wypowiada około 10. miesiąca życia. Co się musi wcześniej zdarzyć, żeby to pierwsze słowo padło? Mnóstwo rzeczy. Dlatego poświęcę temu okresowi kilka następnych wpisów.

Drugi odcinek naszej opowieści (pierwszy znajduje sie tutaj) zaczyna się trzęsieniem ziemi, największym stresem w życiu, jaki wszyscy przeszliśmy na początku naszej doczesnej tułaczki, czyli narodzinami. W wyniku tego wydarzenia dziecko w sposób dość brutalny zmienia środowisko życia i zostaje wystawione na zupełnie nowe odczucia. Między innymi w momencie urodzenia wysiada z kołyski, jaką był brzuch mamy i całkowicie przestaje odbierać dźwięki w postaci wibracji, a zaczyna je najzwyczajniej w świecie słyszeć.

Zapewne dlatego większość malutkich (ale też starszych) dzieci uwielbia noszenie na rękach, kołysanie, tulenie, mruczenie, śpiewanie, nucenie itp. Takie połączenie rytmicznych, melodyjnych dźwięków z ruchem i kontaktem fizycznym z opiekunem być może przypomina im okres prenatalny. I trzeba im to dawać! Trzymając dziecko na rękach, kołysać się, tańczyć, poruszać w rytm nuconej melodii, śpiewanej piosenki, lub recytowanego wierszyka. U niemowlaków można się nawet nie przejmować słowami piosenek, wystarczy wybrać sobie jakąś sylabę bądź kilka sylab, choćby la li laj i śpiewać-nucić na nich. Jest to wręcz korzystne z punktu widzenia umuzykalniania malutkiego dziecka, gdyż słowa nie odwracają jego uwagi od melodii i rytmu.

Jakie piosenki śpiewać niemowlakowi? Niektórzy specjaliści twierdzą, że dobrze jeśli będą tradycyjnie związane z naszym językiem, np. wszelkie ludowe przyśpiewki, pieśni patriotyczne (o właśnie!), kolędy nawet. Warto odwoływać się do melodii rodzimych kompozytorów, którzy często inspirują się muzyką ludową –  w naturalny sposób „spokrewnioną” z językiem, którym dana społeczność mówi. Bez przesady oczywiście, przede wszystkim wybierajmy piosenki, które sami lubimy, bo inaczej cała zabawa straci sens i zmieni się w przykry rodzicielski obowiązek. Najważniejsze jest, żeby w ogóle zapewnić niemowlakowi tego rodzaju stymulację, bo jest ona ze wszech miar korzystna i najlepiej żeby była jak najbardziej różnorodna (w naszym wykonaniu i z nagrań) – wspieramy w ten sposób zarówno rozwój mowy, jak i naturalną muzykalność, z którą dziecko przychodzi na świat. Nie martwmy się też tym, że nie potrafimy śpiewać, nie wstydźmy się swojego głosu – jest on dla naszego dziecka najwspanialszą muzyką.

Jeśli komuś trudno się przełamać do śpiewania, proponuję zacząć od wierszyków. Można nosić dziecko na rękach, recytować rymowankę i tupać w rytm jej słów. Można też robić dziecku masażyki z wierszykami, w stylu Idzie kominiarz po drabinie albo Idzie rak nieborak. Dzieci za tym przepadają.

Świetną pomocą będzie tu książka „Przytulanki czyli wierszyki na dziecięce masażyki”. Poleciła mi ją koleżanka, która intensywnie wykorzystywała ją w zabawach ze swoim przedwcześnie urodzonym dzieckiem. Tego rodzaju stymulacja (dotyczy to również śpiewania, kołysania itd.) jest korzystna dla wszystkich niemowląt – i uwielbiana przez nie, ale szczególną wartość ma dla wcześniaków, dzieci ze wzmożonym napięciem mięśniowym, z różnymi zaburzeniami i obciążeniami (trudna ciąża, skomplikowany poród, choroby w pierwszych tygodniach życia itp). Dotyk, bliskość, kontakt z opiekunem, ruch, słowo nabierają w takich sytuacjach znaczenia terapeutycznego.

Jeśli chcecie poszerzyć swój repertuar piosenek, zabaw i wierszyków serwowanych malcowi, to polecam też:

Co babcia i dziadek okladka

Co babacia i dziadek. Jawor

Co babcia i dziadek śpiewali, kiedy byli mali” – jest to zbiór ponad pięćdziesięciu tradycyjnych piosenek z nutami, słowami, nagraniem w wersji wokalnej i instrumentalnej. Super sprawa! Muszę Was jednak lojalnie ostrzec – piosenki są wykonywane przez śpiewaków klasycznych, co osoby nieprzyzwyczajone – zwłaszcza, że nie chodzi tu o arie ale Wlazł kotek na płotek – może po prostu razić. Dla małych dzieci kontakt ze śpiewem klasycznym, w którym jest przestrzeń i rozmach ma dużą wartość, tym bardziej, że większość z nich nie często ma okazję zetknąć się z tego rodzaju wykonaniem.

J. Silberg okladka

J. Silberg. pora na dobranoc

Książka „Gry i zabawy z niemowlakami” zawiera mnóstwo pomysłów na zabawy z malutkimi dziećmi w podziale na wiek, okoliczności (np. kąpiel, w kuchni) i stymulowane umiejętności, między innymi też sprawność językową – jest to świetne źródło pomysłów i inspiracji. Książka została przetłumaczona z angielskiego i niestety wiele zawartych w niej wierszyków nie brzmi moim zdaniem dobrze po polsku, ale ten mankament bynajmniej jej nie dyskwalifikuje, bo główną wartość stanowi tu bardzo bogaty wybór zabaw.

Wszystkie te książki osobiście wypróbowałam, korzystam z nich lub korzystałam i z czystym sumieniem je polecam. Podpowiadają one, jak w sposób lekki, łatwy i przyjemny poprzez zabawę, muzykę, dotyk wspierać rozwój malutkich dzieci – są to tradycyjne metody, których skuteczność potwierdza współczesna nauka.

Ciekawa jestem, jakie są Wasze doświadczenia? Co o tym myślicie?

Co babcia i dziadek śpiewali, kiedy byli mali” wybór i opracowanie Katarzyna Zachwatowicz-Jasieńska, Oficyna Wydawnicza Impuls, Kraków 2010.

Gry i zabawy z niemowlakami” Jackie Silberg, Media Rodzina, 2009.

Przytulanki czyli wierszyki na dziecięce masażyki”, opracowała Marta Bogdanowicz, wydawnictwo Harmonia.

Polub, podziel się:

Dziecko uczy się języka, jeszcze zanim przyjdzie na świat

Czy to kolejna ściema służąca wyciągnięciu od przyszłych rodziców kasy?

Sprawa wygląda podejrzanie…

Zwłaszcza, że dziecię nienarodzone jest wprawdzie bytem cudownym i niezwykle dynamicznie rozwijającym się, no ale hallo, ludzie, ono prawie nic nie słyszy! Poza tym – w potocznym przekonaniu – język to słowa i zasady gramatyczne, a nasciturus jest chyba jednak trochę za młody na takie lekcje.

O co zatem chodzi?

Po pierwsze: mimo różnych kontrowersji wielu naukowców obstaje przy tym, że dziecko w łonie coś tam jednak słyszy. Ważniejsze natomiast jest to, że odbiera ono dźwięki nie tylko uchem, ale i brzuchem, a nawet całym ciałem – jako wibracje czy też drgania. Przede wszystkim dotyczy to odgłosów  wydawanych przez mamę: szumów z jej układu pokarmowego, bicia serca oraz jej gadania. Może niektórych to zgorszy, jednak kiedy mówimy, lub tym bardziej śpiewamy, nasze kości rezonują, czyli delikatnie wibrują. Najmocniej rezonuje czaszka i klatka piersiowa, ale również miednica, a może i pięta, jak się postarać. Ten właśnie rezonans płód odczuwa całym swoim ciałem i zaczyna się do niego przyzwyczajać.

Po drugie: język to nie tylko słowa i gramatyka. Nie powinniśmy zapominać o bardzo ważnej warstwie, bez której nie ma mowy o języku. Każdy język posiada swoją melodię, rytm, intonację, tempo, rozłożenie pauz, czyli ma coś wspólnego z muzyką. To ją właśnie – za pośrednictwem rezonującej miednicy swojej rodzicielki – dziecko zaczyna odbierać przed urodzeniem. Muzyka języka, w którym mówi jego mama, stanowi fundament, który dziecko musi w sobie zbudować, zanim zacznie posługiwać się mową. Według specjalistów nasz gatunek jest z natury muzykalny, wszyscy mamy genetycznie zakodowaną wrażliwość muzyczną, która między innymi umożliwia nam opanowanie mowy.

W ten oto sposób dziecko jeszcze przed narodzeniem zaczyna muzykę języka odbierać i sobie przyswajać.

Najlepsze jest to, że wszystko dzieje się tu „samo”.

W normalnej sytuacji, kobieta w ciąży komunikuje się z otoczeniem, rezonuje sobie, a siedzący w jej brzuchu maluch odczuwa rytm, intonację, tempo jej mowy.

Stąd zapewne wynika potwierdzony podobno naukowo fakt, że dzieci jakoby szybciej przyswajają sobie język, z którym miały kontakt przed urodzeniem. Jest to tzw. „język matka”, który najczęściej – choć nie zawsze – staje się później językiem ojczystym.

Bo na życiu płodowym historia się oczywiście nie kończy. Po urodzeniu, przez pierwszy rok życia dziecko jest ogromnie wrażliwe na muzykę języka (oraz muzykę w ogóle) i w najlepsze konstruuje sobie fundamenty mowy.

Ale o tym następnym razem.

 

Przygotowując tekst korzystałam z artykułu Ewy Starownik-Kuszewskiej Rola muzyki w procesie kształtowania się mowy dziecka w pierwszym roku życia w książce Elżbiety Stecko Logopedia małego dziecka, 2013

Polub, podziel się:

3 powody, dla których cieszę się z błędów mojego dziecka

Muszę przyznać, że drażni mnie, kiedy ktoś z naciskiem poprawia błędy językowe małych dzieci: „Skaczemy, mówi się skaczemy a nie skakamy”. Albo jeszcze lepiej: „Dwie kredki, nie dwa. Dwa to mogą być ołówki. Nawet pisząc te zdania, czuję, jak rośnie mi gula. Owszem, mnie też zdarza się wytykać dzieciom tego typu błędy i nie zamierzam nikogo za to potępiać (rodzice i tak mają już przechlapane). Nie zmienia to jednak mojego ogólnego nastawienia: pozytywnego do błędów i krytycznego do zbyt gorliwego ich rugowania.

Błędy świadczą o prawidłowym rozwoju, kreatywności i zdolności do logicznego myślenia

Po pierwsze primo, dzieci uczą się mówić w sposób intuicyjny i naturalny. Wystarczy, żeby przebywały w towarzystwie ludzi, którzy posługują się danym językiem. Nie potrzeba im teoretycznych wykładów doszkalających. Zanim osiągną pełną sprawność, będą budowały robocze hipotezy (John Holt). Następnie wielokrotnie będą te hipotezy weryfikować i doskonalić, dostosowując je do tego, jak w rzeczywistości mówią ludzie w ich otoczeniu. Wiele dzieci w podobnym wieku popełnia dokładnie te same błędy gramatyczne – są one naturalnym etapem rozpracowywania systemu językowego.

Poprawianie niczemu nie służy, bo błędy i tak samoczynnie w odpowiednim momencie znikną. W życiu nie spotkałam dorosłego, który mówiłby, jak moja trzyletnia córka: „Zosio, jestem na ciebie bardzo niezadowolona. Chciałabym, żeby tu przyszłaś”. Jest to dla mnie wystarczający dowód na to, że z tego się po prostu wyrasta. Poprawiając dziecko, dajemy mu wyraźny sygnał, że robi coś „nie tak”, podczas gdy w rzeczywistości robi ono dokładnie to, co do niego należy. Dzieje się to oczywiście automatycznie, co nie umniejsza faktu, że dzieci same przyswajają sobie język  – nie trzeba ich go uczyć. Tak jak nie trzeba ich uczyć chodzić. Rodzice mają oczywiście wpływ na to, z jaką sprawnością ich dzieci będą w przyszłości posługiwały się mową ojczystą, ale to temat na oddzielny wpis.

Dziecko mówi z błędami, czyli ma coś do powiedzenia

Po drugie, mówiąc coś, dziecko przede wszystkim próbuje nam coś zakomunikować. Jeśli koncentrujemy się na błędach a treść ignorujemy albo traktujemy drugorzędnie, dziecko może się zniechęcić. Ja przynajmniej – kiedy ktoś zamiast usłyszeć to, co staram mu się przekazać, czepia się słówek – czuję się potraktowana źle. I w ogóle odechciewa mi się gadać.

Błędy dzieci są urocze

I wreszcie, czas śmiesznych, rozczulających, niekiedy może irytujących błędów szybko się skończy – i będziemy za nimi tęsknić! U nas bezpowrotnie minęła już epoka chumek (chmurek) i głupopisów (długopisów). Teraz mamy twory w stylu otworzęte (vs. zamknięte), „nie mogę zdejmić bluzki” i różne inne gramatyczne wygibasy świadczące o tym, jak mały mózg mierzy się z polską gramatyką. To wszystko niedługo odejdzie w zapomnienie.

A co konkretnie można robić z tymi błędami (i mi się przy okazji nie narazić)? W wielu poradnikach powtarzane jest to samo zalecenie: zamiast poprawiać lepiej powtórzyć wypowiedź dziecka, tak jakbyśmy chcieli upewnić się, że dobrze ją zrozumieliśmy i – przy okazji niejako – podać prawidłową formę. Moja córeczka w takiej sytuacji często gorliwie przytakuje i sama jeszcze raz powtarza „poprawione” przeze mnie słowo. Mamy zatem upieczone dwie pieczenie na jednym ogniu: raz, nie wymądrzając się, podtrzymujemy naturalny przebieg rozmowy; dwa, podsuwamy dziecku w bezinwazyjny sposób poprawną wersję.

Co Wy na to?

Learning All the Time, John Holt

John Holt, Learning All the Time, 1989

 

Polub, podziel się: