„Do dziecka trzeba mówić normalnie!!! Jak mam wpłynąć na teściów, żeby przestali do małego puciać?”

Puciać, czy nie puciać? Oto jest pytanie!

Zadałam je kilku znajomym osobom i wszystkie zgodnie stwierdziły że pucianie* do niczego dobrego nie prowadzi: nie chcemy przecież, żeby dziecko wyrobiło sobie złe nawyki i stało się pośmiewiskiem kolegów w przedszkolu. A poza tym, jest to okropnie denerwujące.

Wyobraźcie sobie, że pucianie, czyli to w jaki sposób dorośli mówią do niemowląt, stanowi przedmiot badań. Okazuje się, że w prawie wszystkich kulturach występuje jakiś rodzaj tzw. „języka nianiek”. Dorośli instynktownie modyfikują swój sposób mówienia, zwracając się do małego dziecka. Zakres tych zmian może być bardzo różny, lecz generalnie mają one kilka wspólnych cech, np.:

-wznosząca intonacja (pytania zamiast stwierdzeń), mówienie wysokim, melodyjnym głosem, wzmocnione akcentowanie (przedłużanie niektórych samogłosek);

-liczne powtórzenia i uproszczone wypowiedzi;

-zniekształcona, spieszczona wymowa niektórych głosek;

-stosowanie dziecinnych słów, często onomatopeicznych, np. am, buju buju, brum brum, etc. (temu tematowi poświęcę jeden z kolejnych postów).

Eksperci wprawdzie różnie oceniają taki sposób zwracania się do dzieci, ale wielu podkreśla jego pozytywne znaczenie. Najważniejsze są ciepłe uczucia, które opiekun przekazuje dziecku. Poza tym przypuszcza się, że język nianiek sprzyja rozwojowi mowy.

We wcześniejszych postach dużo pisałam o muzycznej wrażliwości niemowląt i o tym, że dzieci zaczynają odbierać język właśnie za pośrednictwem jego muzycznych cech już w życiu płodowym.

W oparciu o nie maluchy rozgryzają system, jakim jest język. Spróbujmy uświadomić sobie ogrom stojącego przed nimi zadania. Co się dzieje, gdy sami słyszymy zupełnie nowy język? Nie mamy pojęcia, gdzie zaczynają się i kończą słowa, nie potrafimy powtórzyć wielu głosek, wydają nam się jakimś nieokreślonym, przedziwnym bełkotem, często mamy nawet trudności z odczytaniem emocji mówiących, o zrozumieniu znaczenia ich słów nie wspominając. Natomiast malutki człowieczek, który „nic nie potrafi” i którego „wszystkiego musimy nauczyć” w ciągu zaledwie kilkunastu miesięcy rozpracowuje podstawy systemu, pojmuje jego znaczenie i zaczyna go twórczo i sensownie stosować!

Język nianiek, właśnie dzięki swojemu przerysowaniu i powtarzalności pomaga dziecku w tym zadaniu. Niemowlęta zwracają żywszą uwagę na taką wyrazistą mowę i najczęściej bardzo im się ona podoba. Wydaje się, że działa tu pewnego rodzaju naturalny mechanizm.

Oczywiście pomimo podobieństw, w różnych kulturach język nianiek wygląda różnie, w zależności od temperamentu danej społeczności. Więc jeśli na myśl o pucianiu przechodzą Was ciarki, to myślę, że nie musicie zmuszać się do przesadnych wygłupów. Natomiast warto pamiętć, że niemowlakom służy, gdy mówimy do nich w sposób melodyjny, wyrazisty, wyraźny, nie nazbyt szybki, kiedy stosujemy liczne pytania, powtarzamy słowa, przeformułowujemy wypowiedzi, używamy prostych zdań.

Chciałabym też uspokoić tych Czytelników lub te Czytelniczki, którzy w tytule tego artykułu rozpoznali swoje słowa lub skryte myśli i może przez chwilę poczuli się nieswojo a nawet ogarnęła ich obawa, czy aby nie zaszkodzili jakoś własnemu dziecku nie puciając. Spokojnie, według badaczy, nawet te osoby, które deklarują, że mówią do dziecka w sposób niezniekształcony i normalny, są świadome jedynie kilku aspektów swojej mowy, natomiast bardzo wiele modyfikacji w kontakcie z niemowlęciem wprowadzają zupełnie bezwiednie. Poza tym zawsze można liczyć na to, że nasi teściowie i rodzice za naszymi plecami, wykonywali krecią… to znaczy… dobrą robotę.

Żeby zachować w miarę czyste sumienie muszę napomknąć jeszcze o dwóch sprawach.

Po pierwsze, istnieje jeden aspekt języka nianiek, który przez specjalistów jest jednak dość powszechnie uważany za szkodliwy, chodzi o zniekształcanie wymowy na wzór wymowy dziecięcej, najczęściej jest to zmiękczanie albo spieszczanie np. nióźki, jońćki etc. Sama akurat mam kilkumiesięczne, słodkie niemowlę i muszę przyznać, że czasem po prostu chce mi się puciać w ten sposób. Ze starszym dzieckiem (też słodkim) te numery już nie przechodzą, bo zaczyna mnie poprawiać (Nie mówi się jońćki tylko jońćki!) albo się złościć. Ech! Ma oczywiście rację, bo dziecko uczy się takiej wymowy, jaką słyszy i w związku z tym powinno słyszeć poprawną. To samo dotyczy poprawności gramatycznej.

Po drugie wszystko pięknie, ale upupiać dzieci też nie należy (moim zdaniem). Czas puciania szybko przemija i to co sprzyja rozwojowi mowy u niemowlaka, dla trzylatka będzie uwłaczające. Język jakim zwracamy się do dziecka, powinien być dostosowany do poziomu jego rozwoju, powinien zmieniać się w miarę upływu czasu i stopniowo zbliżać się do języka dorosłego; zawsze powinien być poprawny, zrozumiały, choć równocześnie powinien stanowić dla dziecka pewne wyzwanie.

No i najważniejsze: do dziecka trzeba po prostu mówić i każdy sposób będzie lepszy niż zupełne milczenie.

Co Wy na takie diktum? Przekonałam Was do puciania, czy nie bardzo? A może zawsze z upodobaniem je praktykowaliście? Jestem bardzo ciekawa Waszych doświadczeń i przemyśleń!

*Pucianie – trafiłam na ten termin na jakimś forum dla mam i strasznie przypadł mi do gustu, dlatego w kółko go tu powtarzam, mimo, że nie do końca jest on odpowiednikiem „języka nianiek”, czyli języka jakim dorośli opiekunowie zwracają się do niemowląt, a właściwie najlepiej oddaje jego negatywny aspekt.

 

Przy pisaniu tego tekstu korzystałam z publikacji:

Mowa dorosłych kierowana do niemowląt, Stanisław Milewski, Wydawnictwo Uniwersytetu Gdańskiego, 2004

Rozwój sprawności językowych i komunikacyjnych, Maria Kielar-Turska w Diagnoza logopedyczna. Podręcznik akademicki, red. Ewa Czaplewska, Stanisław Milewski, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, 2011

Polub, podziel się:

Po co rodzicom niemowląt znajomość pieśni patriotycznych?

baby-499976_1280

Pierwsze słowo ze zrozumieniem dziecko zazwyczaj wypowiada około 10. miesiąca życia. Co się musi wcześniej zdarzyć, żeby to pierwsze słowo padło? Mnóstwo rzeczy. Dlatego poświęcę temu okresowi kilka następnych wpisów.

Drugi odcinek naszej opowieści (pierwszy znajduje sie tutaj) zaczyna się trzęsieniem ziemi, największym stresem w życiu, jaki wszyscy przeszliśmy na początku naszej doczesnej tułaczki, czyli narodzinami. W wyniku tego wydarzenia dziecko w sposób dość brutalny zmienia środowisko życia i zostaje wystawione na zupełnie nowe odczucia. Między innymi w momencie urodzenia wysiada z kołyski, jaką był brzuch mamy i całkowicie przestaje odbierać dźwięki w postaci wibracji, a zaczyna je najzwyczajniej w świecie słyszeć.

Zapewne dlatego większość malutkich (ale też starszych) dzieci uwielbia noszenie na rękach, kołysanie, tulenie, mruczenie, śpiewanie, nucenie itp. Takie połączenie rytmicznych, melodyjnych dźwięków z ruchem i kontaktem fizycznym z opiekunem być może przypomina im okres prenatalny. I trzeba im to dawać! Trzymając dziecko na rękach, kołysać się, tańczyć, poruszać w rytm nuconej melodii, śpiewanej piosenki, lub recytowanego wierszyka. U niemowlaków można się nawet nie przejmować słowami piosenek, wystarczy wybrać sobie jakąś sylabę bądź kilka sylab, choćby la li laj i śpiewać-nucić na nich. Jest to wręcz korzystne z punktu widzenia umuzykalniania malutkiego dziecka, gdyż słowa nie odwracają jego uwagi od melodii i rytmu.

Jakie piosenki śpiewać niemowlakowi? Niektórzy specjaliści twierdzą, że dobrze jeśli będą tradycyjnie związane z naszym językiem, np. wszelkie ludowe przyśpiewki, pieśni patriotyczne (o właśnie!), kolędy nawet. Warto odwoływać się do melodii rodzimych kompozytorów, którzy często inspirują się muzyką ludową –  w naturalny sposób „spokrewnioną” z językiem, którym dana społeczność mówi. Bez przesady oczywiście, przede wszystkim wybierajmy piosenki, które sami lubimy, bo inaczej cała zabawa straci sens i zmieni się w przykry rodzicielski obowiązek. Najważniejsze jest, żeby w ogóle zapewnić niemowlakowi tego rodzaju stymulację, bo jest ona ze wszech miar korzystna i najlepiej żeby była jak najbardziej różnorodna (w naszym wykonaniu i z nagrań) – wspieramy w ten sposób zarówno rozwój mowy, jak i naturalną muzykalność, z którą dziecko przychodzi na świat. Nie martwmy się też tym, że nie potrafimy śpiewać, nie wstydźmy się swojego głosu – jest on dla naszego dziecka najwspanialszą muzyką.

Jeśli komuś trudno się przełamać do śpiewania, proponuję zacząć od wierszyków. Można nosić dziecko na rękach, recytować rymowankę i tupać w rytm jej słów. Można też robić dziecku masażyki z wierszykami, w stylu Idzie kominiarz po drabinie albo Idzie rak nieborak. Dzieci za tym przepadają.

Świetną pomocą będzie tu książka „Przytulanki czyli wierszyki na dziecięce masażyki”. Poleciła mi ją koleżanka, która intensywnie wykorzystywała ją w zabawach ze swoim przedwcześnie urodzonym dzieckiem. Tego rodzaju stymulacja (dotyczy to również śpiewania, kołysania itd.) jest korzystna dla wszystkich niemowląt – i uwielbiana przez nie, ale szczególną wartość ma dla wcześniaków, dzieci ze wzmożonym napięciem mięśniowym, z różnymi zaburzeniami i obciążeniami (trudna ciąża, skomplikowany poród, choroby w pierwszych tygodniach życia itp). Dotyk, bliskość, kontakt z opiekunem, ruch, słowo nabierają w takich sytuacjach znaczenia terapeutycznego.

Jeśli chcecie poszerzyć swój repertuar piosenek, zabaw i wierszyków serwowanych malcowi, to polecam też:

Co babcia i dziadek okladka

Co babacia i dziadek. Jawor

Co babcia i dziadek śpiewali, kiedy byli mali” – jest to zbiór ponad pięćdziesięciu tradycyjnych piosenek z nutami, słowami, nagraniem w wersji wokalnej i instrumentalnej. Super sprawa! Muszę Was jednak lojalnie ostrzec – piosenki są wykonywane przez śpiewaków klasycznych, co osoby nieprzyzwyczajone – zwłaszcza, że nie chodzi tu o arie ale Wlazł kotek na płotek – może po prostu razić. Dla małych dzieci kontakt ze śpiewem klasycznym, w którym jest przestrzeń i rozmach ma dużą wartość, tym bardziej, że większość z nich nie często ma okazję zetknąć się z tego rodzaju wykonaniem.

J. Silberg okladka

J. Silberg. pora na dobranoc

Książka „Gry i zabawy z niemowlakami” zawiera mnóstwo pomysłów na zabawy z malutkimi dziećmi w podziale na wiek, okoliczności (np. kąpiel, w kuchni) i stymulowane umiejętności, między innymi też sprawność językową – jest to świetne źródło pomysłów i inspiracji. Książka została przetłumaczona z angielskiego i niestety wiele zawartych w niej wierszyków nie brzmi moim zdaniem dobrze po polsku, ale ten mankament bynajmniej jej nie dyskwalifikuje, bo główną wartość stanowi tu bardzo bogaty wybór zabaw.

Wszystkie te książki osobiście wypróbowałam, korzystam z nich lub korzystałam i z czystym sumieniem je polecam. Podpowiadają one, jak w sposób lekki, łatwy i przyjemny poprzez zabawę, muzykę, dotyk wspierać rozwój malutkich dzieci – są to tradycyjne metody, których skuteczność potwierdza współczesna nauka.

Ciekawa jestem, jakie są Wasze doświadczenia? Co o tym myślicie?

Co babcia i dziadek śpiewali, kiedy byli mali” wybór i opracowanie Katarzyna Zachwatowicz-Jasieńska, Oficyna Wydawnicza Impuls, Kraków 2010.

Gry i zabawy z niemowlakami” Jackie Silberg, Media Rodzina, 2009.

Przytulanki czyli wierszyki na dziecięce masażyki”, opracowała Marta Bogdanowicz, wydawnictwo Harmonia.

Polub, podziel się:

Dziecko uczy się języka, jeszcze zanim przyjdzie na świat

Czy to kolejna ściema służąca wyciągnięciu od przyszłych rodziców kasy?

Sprawa wygląda podejrzanie…

Zwłaszcza, że dziecię nienarodzone jest wprawdzie bytem cudownym i niezwykle dynamicznie rozwijającym się, no ale hallo, ludzie, ono prawie nic nie słyszy! Poza tym – w potocznym przekonaniu – język to słowa i zasady gramatyczne, a nasciturus jest chyba jednak trochę za młody na takie lekcje.

O co zatem chodzi?

Po pierwsze: mimo różnych kontrowersji wielu naukowców obstaje przy tym, że dziecko w łonie coś tam jednak słyszy. Ważniejsze natomiast jest to, że odbiera ono dźwięki nie tylko uchem, ale i brzuchem, a nawet całym ciałem – jako wibracje czy też drgania. Przede wszystkim dotyczy to odgłosów  wydawanych przez mamę: szumów z jej układu pokarmowego, bicia serca oraz jej gadania. Może niektórych to zgorszy, jednak kiedy mówimy, lub tym bardziej śpiewamy, nasze kości rezonują, czyli delikatnie wibrują. Najmocniej rezonuje czaszka i klatka piersiowa, ale również miednica, a może i pięta, jak się postarać. Ten właśnie rezonans płód odczuwa całym swoim ciałem i zaczyna się do niego przyzwyczajać.

Po drugie: język to nie tylko słowa i gramatyka. Nie powinniśmy zapominać o bardzo ważnej warstwie, bez której nie ma mowy o języku. Każdy język posiada swoją melodię, rytm, intonację, tempo, rozłożenie pauz, czyli ma coś wspólnego z muzyką. To ją właśnie – za pośrednictwem rezonującej miednicy swojej rodzicielki – dziecko zaczyna odbierać przed urodzeniem. Muzyka języka, w którym mówi jego mama, stanowi fundament, który dziecko musi w sobie zbudować, zanim zacznie posługiwać się mową. Według specjalistów nasz gatunek jest z natury muzykalny, wszyscy mamy genetycznie zakodowaną wrażliwość muzyczną, która między innymi umożliwia nam opanowanie mowy.

W ten oto sposób dziecko jeszcze przed narodzeniem zaczyna muzykę języka odbierać i sobie przyswajać.

Najlepsze jest to, że wszystko dzieje się tu „samo”.

W normalnej sytuacji, kobieta w ciąży komunikuje się z otoczeniem, rezonuje sobie, a siedzący w jej brzuchu maluch odczuwa rytm, intonację, tempo jej mowy.

Stąd zapewne wynika potwierdzony podobno naukowo fakt, że dzieci jakoby szybciej przyswajają sobie język, z którym miały kontakt przed urodzeniem. Jest to tzw. „język matka”, który najczęściej – choć nie zawsze – staje się później językiem ojczystym.

Bo na życiu płodowym historia się oczywiście nie kończy. Po urodzeniu, przez pierwszy rok życia dziecko jest ogromnie wrażliwe na muzykę języka (oraz muzykę w ogóle) i w najlepsze konstruuje sobie fundamenty mowy.

Ale o tym następnym razem.

 

Przygotowując tekst korzystałam z artykułu Ewy Starownik-Kuszewskiej Rola muzyki w procesie kształtowania się mowy dziecka w pierwszym roku życia w książce Elżbiety Stecko Logopedia małego dziecka, 2013

Polub, podziel się:

Historia, jaką lubię

Kiedy przeczytałam napisaną przez Tomasza Raczka recenzję z filmu „Powstanie Warszawskie”, długo nie mogłam przestać o nim myśleć (o filmie, w sensie) i natychmiast chciałam iść do kina. Niestety nie było mi to dane. Będę musiała jeszcze trochę poczekać. Ech…

Postanowiłam zatem poddać moją obsesję sublimacji i napisać o kilku książkach wokół tematu II Wojny Światowej, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie.

Pierwsza to „Mój wiek. Pamiętnik mówiony” – wywiad rzeka, który z Aleksandrem Watem przeprowadził Czesław Miłosz. Wat, futurystyczny literat, opowiada o swoim życiu, a przede wszystkim o swoich niezwykłych wojennych losach. W hiperskrócie: na początku wojny we Lwowie zostaje aresztowany przez NKWD, co skazuje go na rozłąkę z żoną i synkiem. W sowieckich więzieniach spędza blisko dwa lata, po czym trafia na zesłanie do Kazachstanu, gdzie udaje mu się odnaleźć rodzinę (również w międzyczasie tam zesłaną). Już po wojnie cała trójka wraca do Polski.

Druga książka to „Tajne państwo” Jana Karskiego, w której opisuje swoją udaną choć bezowocną misję udokumentowania i przemycenia na Zachód raportu o holokauście przeprowadzoną w nadziei, że alianci poznawszy prawdę „zrobią coś”, by zagładę zatrzymać. Jest to niewiarygodna historia godna hollywoodzkiej ekranizacji. Książka ma zresztą bardzo filmowy charakter, gdyż pierwotnie została napisana w formie scenariusza. Cóż, cel misji – według Karskiego przynajmniej – nie został osiągnięty. A Hollywood lubi happy endy.

Kolejna pozycja – „Wielka trwoga” Marcina Zaręby – to z kolei przykład historii ujętej socjologicznie, z perspektywy zwykłego, codziennego życia ludzi. Jej tematem jest atmosfera przejmującego strachu, jaka panowała w Polsce bezpośrednio po wojnie.

Tak się złożyło, że kupiłam tę książkę będąc w ciąży i po 150 stronach z 650, gdy dotarłam do rozdziału o ekscesach czerwonoarmistów, wymiękłam. Nie dlatego, że się znudziłam, nie dlatego, że źle się czyta, bo – choć jest to opracowanie naukowe – czyta się fantastycznie. Po prostu wyczerpała się moja zdolność do chłonięcia traumy, cierpienia i bólu. Od tamtej pory książka zbiera kurz, ale mam nadzieję, że uda mi się niebawem zebrać siły i przebrnąć przez pozostałe 500 stron.  Ale, ekhem… skoro fakt nieprzeczytania danej książki nie jest już uznawany za wystarczający powód, by się o niej nie wypowiadać, pozwalam sobie tu o niej napomknąć…

Nie przepadałam w szkole za historią, czego zawsze się wstydziłam. Racjonalnie rzecz biorąc ten „humanistyczny” przedmiot powinien mnie interesować. Tymczasem mój mózg w sposób zupełnie nieopanowany wypierał z pamięci wszelkie daty, fakty, nazwiska, które usilnie starałam się tam wtłoczyć i zachować. Niedawno dopiero zrozumiałam, że rodzaj historii, jakiego mnie uczono był w dużej mierze historią militarno-dynastyczno-geopolityczną, że tak się wyrażę. Niewiele było w niej tego, co mnie najbardziej interesuje, czyli aspektów „ludzko”-psychologiczno-socjologicznych.

Tego rodzaju lektury pokazują historię z takiej perspektywy, która nawet mnie zaciekawiła. Wynika to rzecz jasna z faktu, że i „Mój wiek”, i „Tajne państwo” opowiadają po prostu w zajmujący i poruszający sposób o niezwykłych losach nietuzinkowych osób. Czytając je, kręciłam głową z niedowierzaniem, że to wszystko wydarzyło się naprawdę.

Serdecznie polecam!

Polub, podziel się:

Dziecko tu i teraz

W opowiadaniu Alice Munro „Miłość dobrej kobiety” jest scena, w której trzech chłopców udaje się nad rzekę po powodzi. Dokonują tam makabrycznego odkrycia, które zmusza ich do szybkiego powrotu do miasteczka.

Wracali szybkim krokiem. Chwilami podbiegali, ale nie biegli. Podskakiwanie, snucie się, chlapanie – to wszystko ustało. Hałasy, które wydawali idąc w tamtą stronę – pohukiwania i wycia – też ucichły. Zauważali naniesione przez powódź rzeczy, ale mijali je. Właściwe przemierzali drogę zupełnie jak dorośli, w dość stałym tempie, najbardziej racjonalną trasą, pod ciężarem tego, gdzie musieli się udać i co następnie należało zrobić. Mieli coś tuż przed sobą, jakiś obraz przed oczami, który odgradzał ich od świata – coś takiego, co zdawała się mieć większość dorosłych. *

Kiedy przeczytałam ten fragment, zdałam sobie sprawę , że ta różnica między dorosłymi a dziećmi bywa często przyczyną mojego rozstroju nerwowego. Bo ja właśnie mam przed oczami mnóstwo rzeczy, które – co tu dużo mówić – przysłaniają trochę to, co tu i teraz. Np. to co za chwilę trzeba będzie zrobić, gdzie musimy zaraz dotrzeć, że komuś możemy przeszkadzać, że coś może się zepsuć, itede, itepe.

A moja mała córka interesuje się tym, co ma faktycznie przed oczami – owszem, coraz częściej, fiksuje się na jakimś obrazie mentalnym, marzeniu, które chciałaby natychmiast zrealizować, ale to jest jednak coś innego. Nie ma zazwyczaj problemu z uważnością, z byciem obecną tu i teraz. Raczej trudno ją oderwać od tego, co akurat ją pochłania. Z drugiej strony, nie sposób „zmusić” jej do zainteresowania się czymś, co tylko mamusi wydaje się warte zachodu. Np. latarnia, która stoi na drodze, przegrywa w konkurencji z przejeżdżającym akurat brązowym autem: Patrz! Złomek jedzie! Bum!

Dzisiaj jest chyba dzieciom trudniej niż kiedyś, bo żyjemy w zawrotnym tempie, mało jest czasu na „nicnierobienie”, podskakiwanie, snucie się, chlapanie, (…) pohukiwania i wycia. Rusz się! Pośpiesz się! Ile mam jeszcze czekać? Zobaczysz, nie zdążymy!

Danuta Wawiłow napisała o tym wiersz:

„Szybko”

Szybko, zbudź się, szybko, wstawaj!
Szybko, szybko, stygnie kawa!
Szybko, zęby myj i ręce!
Szybko światło gaś w łazience!
Szybko, tata na nas czeka!
Szybko, tramwaj nam ucieka!
Szybko, szybko, bez hałasu!
Szybko, szybko, nie ma czasu!

Na nic nigdy nie ma czasu…

A ja chciałbym przez kałuże
iść godzinę albo dłużej
trzy godziny lizać lody,
gapić się na samochody
i na deszcz, co leci z góry,
i na żaby i na chmury,
cały dzień się w wannie chlapać
i motyle żółte łapać
albo z błota lepić kule
i nie śpieszyć się w ogóle…

Chciałbym wszystko robić wolno,
ale mi nie wolno…

A to tylko jedna z ogromnej, coraz większej liczby rzeczy, których nie wolno…

Albo nie ma na coś czasu (zostaw te kwiatki, ucieknie nam autobus!), albo jest to niebezpieczne (nie wspinaj się, wybijesz sobie zęby!), albo komuś to przeszkadza (przestań wreszcie skakać i krzyczeć!)…

Jestem jak najbardziej za tym, żeby przyuczać dzieci do życia w społeczeńtwie i do szanowania siebie i innych. Poza tym nikt nie musi mnie przekonywać o tym, że świat aż roi się od zagrożeń, bo wyobraźnię katastroficzną mam rozwiniętą, jak mało co innego. Rzecz jasna, nie namawiam również do zaniedbywania swoich pociech.

Myślę sobie jednak, że dziś dzieciom naprawdę brakuje swobody. I że wszyscy – i mali, i duzi – bylibyśmy szczęśliwsi, gdybyśmy częściej mogli puścić dzieci samopas (w towarzystwie innych dzieci i we względnie bezpiecznym otoczeniu) i pozwolić im po prostu być tu i teraz, odkrywać świat i siebie, bawić się w to, na co akurat przyjdzie im ochota.

Okazuje się, że nie są to tylko fantazje leniwej matki. Są „poważne autoryrtety naukowe”, które przekonują, że dzieci potrzebują wolności oraz że można i należy bardziej im ufać. Jednym z takich autorytetów jest Peter Gray, autor książki „Free to Learn”, o której chcę napisać już od kilku tygodni, ale przeczytałam w niej tyle fascynujących rzeczy, że doprawdy nie wiem od czego zacząć.

Tak więc cdn…

A Wy, drodzy Czytelnicy co o tym myślicie? Czy powinniśmy dzieciom pozwalać na więcej?

* Nie mam pod ręką polskiego przekładu, pozwoliłam sobie więc chałupniczo przetłumaczyć ten fragment.

Alice Munro, The Love of a Good Woman w zbiorze New Selected Stories, 2011

Danuta Wawiłow, Szybko w zbiorze Wszędzie pachnie czekolada, 2012

Polub, podziel się: