Muszę wtrącić swoje trzy grosze…

W związku z awanturą o „Pierwszą książkę mojego dziecka” postanowiłam zrobić zestawienie książeczek promowanych w przedszkolu mojej córeczki.

Tu, na obczyźnie, w kraju, w którym mieszkamy, już począwszy od żłobka promuje się czytelnictwo w sposób dość chyba umiejętny – takie odnoszę wrażenie

Kiedy poszliśmy do przedszkola, dostaliśmy propozycję zaprenumerowania serii książeczek wydawnictwa l’Ecole des loisirs, które słynie z pięknych ilustracji. Cena była bardzo atrakcyjna, lubimy książki, więc spróbowaliśmy.

No i muszę powiedzieć, że nie żałujemy tego brawurowego kroku.

Poniżej przedstawiam próbkę naszej dotychczas zgromadzonej kolekcji (kilka pozycji zaginęło w akcji…):

"Le livre des couleurs" Soledad Bravi

“Le livre des couleurs” Soledad Bravi

"Super bobo" Benoit Charlat

“Super bobo” Benoît Charlat

"Chagrin tout doux" Sabine De Greef

“Chagrin tout doux” Sabine De Greef

"Grand Guili" Jean Leroy - Emmanuelle Eeckhout

“Grand Guili” Jean Leroy – Emmanuelle Eeckhout

"Les mains de papa" Emile Jadoul"

“Les mains de papa” Emile Jadoul”

"Boum! Bam! Boum!" Jeanne AshBe

“Boum! Bam! Boum!” Jeanne AshBe

"1 loup, 2 chiens, 3 culottes" Dorothee de Monfeid

“1 loup, 2 chiens, 3 culottes” Dorothée de Monfeid

"A quoi tu sers?" Raphael Fejto

“A quoi tu sers?” Raphael Fejto

"Pas sage? Alex Sanders

“Pas sage? Alex Sanders

"La tache du chat" Ramadier & Bourgeau

“La tache du chat” Ramadier & Bourgeau

 

"Tracteur" Anaïs Vaugelade

“Tracteur” Anaïs Vaugelade

Po co to pokazuję? Nie po to, by powiedzieć: „O, patrzcie! Inni to dopiero potrafią!”

Polak wszak potrafi.

Chodziło mi chyba o to, by pokazać, jak inni to robią – jakie książeczki podtykają dzieciom 3-4 letnim.

Nie są to wydawnictwa wybitnie wysmakowane ani awangardowe, ale jak na mój gust, spełniają warunki wartościowej książki dla małych dzieci. Wizualnie każda z nich reprezentuje nieco inny styl, są harmonijne kolorystycznie, nieprzeładowane, ale wyraziste. Poza tym mówią o sprawach ważnych i ciekawych dla dziecka (potwór, który przychodzi nocą do sypialni, wilk co zjada niegrzeczne dzieci – bo grzecznych nigdy nie widział, frajda z hałasowania, co się dzieje z plamą po praniu, itd.), prostym językiem, bez pedagogicznego smrodku, bez jakichś ideologicznych podtekstów (nie licząc jednego przykładu, w którym mama wyleguje się na kanapie z książką a tata taszczy zakupy – co za dekadencja!).

Myślę, że te książeczki pokazują, że można połączyć nienajgorszy poziom artystyczny z przystępnością, zabawą, atrakcyjnością. Przynajmniej u nas w domu cieszą się one powodzeniem, choć przyznaję, nie robiłam ankiety w piaskownicy.

A Waszym zdaniem, jakie książki dla maluchów zasługiwałyby na urzędowe nagłaśnianie?

Polub, podziel się:

Masz moc – miej świadomość!

A ja mam dwie wiadomości: dobrą i złą.

Dobra jest taka, że każdy z nas jest wyjątkowo utalentowany.

Zła natomiast jest taka, że bardzo wielu, jeśli nie większość z nas, nie ma o tym zielonego pojęcia.

Problem w tym, że to, co przychodzi nam naturalnie i bez trudu, traktujemy często jako tak oczywistą oczywistość, że w ogóle tego nie dostrzegamy. Wydaje nam się, że wszyscy tak mają. Niektóre sposoby myślenia, postrzegania świata lub odczuwania są domyślnym trybem działania naszego mózgu. Nie wymaga on od nas praktycznie żadnego wysiłku a przynosi nam satysfakcję. I w ogóle nie mamy świadomości, że to jest właśnie nasz talent.

Kolejna wiadomość – ani dobra ani zła – choć niektórych pewnie zmartwi, jest taka, że naturalnego okablowania naszego mózgu nie możemy zmienić. Nie jesteśmy w stanie nabyć zdolności, których Bozia nam poskąpiła. Owszem, możemy – i często powinniśmy – trochę się podciągnąć w dziedzinie, w której nam nie idzie, możemy nauczyć się pewnych technik, strategii, możemy nawet osiągnąć w ich stosowaniu wysoki poziom i odnieść „sukces”. Zawsze jednak będzie on okupiony koniecznością dokonywania świadomego wysiłku, będzie to biegłość wymuszona i na dłuższą metę męcząca.

Weźmy konkretny przykład naszego kolegi o naturalnym talencie do strategicznego myślenia. Taki gość bez ustanku układa sobie w głowie strategie i zamęcza nimi swoją rodzinę na niedzielnym spacerze w parku. Jest to jego sposób na relaks. Jest niemalże tak, jakby jego mózg sam te strategie produkował. I w pewnym sensie tak się właśnie dzieje, dzięki szczególnie aktywnym połączeniom synaptycznym. To one są przyczyną jego wyjątkowych predyspozycji do strategicznego myślenia. I to te predyspozycje powinien rozwijać i doskonalić, a nie dajmy na to empatię, której akurat mu brakuje (z góry przegrana sprawa!). Zamiast tracić czas i energię na szkolenia z technik aktywnego słuchania i odczytywania sygnałów niewerbalnych, powinien raczej uprzedzić wszystkich obrażalskich, że trzeba doń mówić wielkimi literami i zająć się tym, co wychodzi mu najlepiej, czyli obmyślaniem coraz doskonalszych strategii i osiągnąć w tym mistrzostwo.

Na tym polega idea tzw. „silnego życia” – zbudowanego na naszych naturalnych zdolnościach, przy odpowiednim zabezpieczeniu tych słabości, które mogłyby nam pokrzyżować szyki. Funkcjonując w ten sposób, będziemy w stanie stać się najlepszą wersją nas samych, oddać największą przysługę światu i osiągnąć najwyższą satysfakcję. Czegóż chcieć więcej?

Można o tym poczytać w fascynującej książce „Teraz odkryj swoje silne strony”. Autorzy pisali ją głównie z myślą o menedżerach i biznesie. W gruncie rzeczy odwołują się jednak do tej samej filozofii, o której mówiła Françoise Dolto w odniesieniu do dzieci – energia poświęcona na rozwijanie swoich mocnych stron jest o wiele lepiej zainwestowana niż energia włożona w pokonywanie słabości – przynosi lepsze rezultaty, daje prawdziwą pewność siebie i zadowolenie.

Polecam tę książkę w szczególności tym, którzy uważają, że nie mają żadnych zdolności, bo nie umieją ani śpiewać, ani tańczyć, ani opowiadać kawałów. W każdym nowym egzemplarzu jest kod, który pozwala na dostęp do testu talentów w sieci – i on powie wam całą prawdę! Prawdę być może zaskakującą, bo dobrze wam znaną. Bez sensu? Spróbujcie, sami zobaczycie, co mam na myśli…

Now, Discover Your Strengths

Marcus Buckingham, Donald Clifton, Teraz odkryj swoje silne strony, 2003

Polub, podziel się:

3 powody, dla których cieszę się z błędów mojego dziecka

Muszę przyznać, że drażni mnie, kiedy ktoś z naciskiem poprawia błędy językowe małych dzieci: „Skaczemy, mówi się skaczemy a nie skakamy”. Albo jeszcze lepiej: „Dwie kredki, nie dwa. Dwa to mogą być ołówki. Nawet pisząc te zdania, czuję, jak rośnie mi gula. Owszem, mnie też zdarza się wytykać dzieciom tego typu błędy i nie zamierzam nikogo za to potępiać (rodzice i tak mają już przechlapane). Nie zmienia to jednak mojego ogólnego nastawienia: pozytywnego do błędów i krytycznego do zbyt gorliwego ich rugowania.

Błędy świadczą o prawidłowym rozwoju, kreatywności i zdolności do logicznego myślenia

Po pierwsze primo, dzieci uczą się mówić w sposób intuicyjny i naturalny. Wystarczy, żeby przebywały w towarzystwie ludzi, którzy posługują się danym językiem. Nie potrzeba im teoretycznych wykładów doszkalających. Zanim osiągną pełną sprawność, będą budowały robocze hipotezy (John Holt). Następnie wielokrotnie będą te hipotezy weryfikować i doskonalić, dostosowując je do tego, jak w rzeczywistości mówią ludzie w ich otoczeniu. Wiele dzieci w podobnym wieku popełnia dokładnie te same błędy gramatyczne – są one naturalnym etapem rozpracowywania systemu językowego.

Poprawianie niczemu nie służy, bo błędy i tak samoczynnie w odpowiednim momencie znikną. W życiu nie spotkałam dorosłego, który mówiłby, jak moja trzyletnia córka: „Zosio, jestem na ciebie bardzo niezadowolona. Chciałabym, żeby tu przyszłaś”. Jest to dla mnie wystarczający dowód na to, że z tego się po prostu wyrasta. Poprawiając dziecko, dajemy mu wyraźny sygnał, że robi coś „nie tak”, podczas gdy w rzeczywistości robi ono dokładnie to, co do niego należy. Dzieje się to oczywiście automatycznie, co nie umniejsza faktu, że dzieci same przyswajają sobie język  – nie trzeba ich go uczyć. Tak jak nie trzeba ich uczyć chodzić. Rodzice mają oczywiście wpływ na to, z jaką sprawnością ich dzieci będą w przyszłości posługiwały się mową ojczystą, ale to temat na oddzielny wpis.

Dziecko mówi z błędami, czyli ma coś do powiedzenia

Po drugie, mówiąc coś, dziecko przede wszystkim próbuje nam coś zakomunikować. Jeśli koncentrujemy się na błędach a treść ignorujemy albo traktujemy drugorzędnie, dziecko może się zniechęcić. Ja przynajmniej – kiedy ktoś zamiast usłyszeć to, co staram mu się przekazać, czepia się słówek – czuję się potraktowana źle. I w ogóle odechciewa mi się gadać.

Błędy dzieci są urocze

I wreszcie, czas śmiesznych, rozczulających, niekiedy może irytujących błędów szybko się skończy – i będziemy za nimi tęsknić! U nas bezpowrotnie minęła już epoka chumek (chmurek) i głupopisów (długopisów). Teraz mamy twory w stylu otworzęte (vs. zamknięte), „nie mogę zdejmić bluzki” i różne inne gramatyczne wygibasy świadczące o tym, jak mały mózg mierzy się z polską gramatyką. To wszystko niedługo odejdzie w zapomnienie.

A co konkretnie można robić z tymi błędami (i mi się przy okazji nie narazić)? W wielu poradnikach powtarzane jest to samo zalecenie: zamiast poprawiać lepiej powtórzyć wypowiedź dziecka, tak jakbyśmy chcieli upewnić się, że dobrze ją zrozumieliśmy i – przy okazji niejako – podać prawidłową formę. Moja córeczka w takiej sytuacji często gorliwie przytakuje i sama jeszcze raz powtarza „poprawione” przeze mnie słowo. Mamy zatem upieczone dwie pieczenie na jednym ogniu: raz, nie wymądrzając się, podtrzymujemy naturalny przebieg rozmowy; dwa, podsuwamy dziecku w bezinwazyjny sposób poprawną wersję.

Co Wy na to?

Learning All the Time, John Holt

John Holt, Learning All the Time, 1989

 

Polub, podziel się:

Odrobina zdrowego populizmu

The Spirit Level

Nie wiem, jak Wy, ale ja bardzo lubię czytać książki o tym, jak naprawić świat. Ostatnio trafiłam na pozycję zupełnie wyjątkową, która – jakkolwiek by to nie brzmiało – otworzyła mi oczy. „Duch równości” jest jak dobra teoria spiskowa: mówi o rzeczach zaskakujących i oczywistych zarazem. Wskazuje również winnego wielu problemów społecznych. Wszyscy powinni go przeczytać. Zwłaszcza ci, których już sam tytuł odrzuca.

Mój entuzjazm częściowo można zapewne złożyć na karb tego, że w czasie lektury zostałam pełnoprawną matką wózkową, rozpychającą się w autobusach nie tylko z wielkim wózkiem (zawierającym niemowlę) ale i z bardzo rozbrykaną trzylatką. Wcześniej jeździłam autem. Nie bez znaczenia jest również fakt, że zbiegło się to z cięciami w naszym budżecie rodzinnym. W ich wyniku musiałam zrezygnować z podstawowego prawa współczesnej kobiety – wyprawy na wyprzedaże – i zaakceptować, że kurtka i buty sprzed kilku zaledwie sezonów są jeszcze dobre i co z tego że trochę już niemodne. Tego rodzaju niedogodności i wyrzeczenia okazały się doskonałym podkładem pod lekturę książki o cenie, jaką zamożne zachodnie społeczeństwa płacą za nierówności społeczne.

Czy zastanawialiście się kiedyś, jak to się dzieje, że przy niesamowitym postępie technologicznym i bezprecedensowym poziomie bogactwa jakość życia mieszkańców wielu wysoko rozwiniętych państw jest coraz gorsza? Lawinowo rośnie zapadalność na choroby psychiczne, zwiększa się przestępczość, coraz więcej osób ma problemy z otyłością i zdrowiem, dzieci i młodzież są coraz „trudniejsze”.

Okazuje się, że powyższe bolączki mają pewien wspólny mianownik – stopnień rozwarstwienia społecznego. W krajach o największych różnicach między biednymi i bogatymi skala owych problemów jest dużo poważniejsza niż w społeczeństwach egalitarnych. Dotyczy to wszystkich warstw społecznych, nie tylko „dołów”. Krótko mówiąc – w świetle tej teorii – na dużych nierównościach tracą również zamożni. Autorzy porównują je do trucizny, która zanieczyszcza wspólne środowisko i przed którą nikt nie może uciec.

Jak to wyjaśnić? Otóż ogromne rozwarstwienie bardzo ludzi stresuje. Człowiek ma naturalną tendencję do porównywania się z innymi i jeśli w takim porównaniu wypada blado, doznaje dotkliwego stresu. Zwłaszcza gdy towarzyszy temu ryzyko negatywnego osądu społecznego, niebezpieczeństwo, że wyląduje się niżej w hierarchii, że zostanie się uznanym za gorszego. To podobno najbardziej niszczący rodzaj stresu. W krajach o dużych nierównościach wszyscy – może z wyjątkiem „jednego procenta” plutokratów – żyją pod ogromną presją. Najdotkliwiej odczuwają ją oczywiście najbiedniejsi, ale i względnie zamożnym nie jest lekko. Ogromną energię muszą wkładać w utrzymanie swojego relatywnie dobrego statusu. A i tak czują się jak nieudacznicy, aspirując do poziomu życia tych najbogatszych, od których dzieli ich przepaść. Jak tu cieszyć się życiem, gdy na każdym kroku reklamy i celebryci uświadamiają nam, jakich pięknych rzeczy nie mamy, jacy wspaniali nie jesteśmy i na jakie cudowne i luksusowe życie nas nie stać? W książce przytoczona jest opinia, że ludzie skandalicznie bogaci powinni być dodatkowo opodatkowani za to, że całej reszcie ludzkości psują humor.

I to ten właśnie zły humor jest źródłem całego (no, prawie) zła. Zamiast pompować pieniądze w służbę zdrowia, aparat ścigania, więzienia, programy pomocy dla dysfunkcyjnej młodzieży, ratownictwo psychologiczne, czyli zamiast walczyć z każdym z tych problemów indywidualnie, tak jakby nie były one ze sobą powiązane – wystarczy zmniejszyć różnice w dochodach, czyli usunąć ich wspólne źródło.

W naszym kraju, który ma za sobą doświadczenie komunizmu, boimy się, że w zamian za równość trzeba będzie oddać wolność. Uważamy często, że nie ma sensownej alternatywy dla gospodarki rynkowej w neoliberalnym wydaniu. Jako społeczeństwo na dorobku, chcemy przede wszystkim bogacić się i wierzymy, że kiedy wreszcie nacieszymy się konsumpcją, przyjdzie czas na „być”. W świetle lektury „Ducha równości” nie jest to już takie oczywiste. Polska bogacąc się, bardzo się również rozwarstwia i – jeśli ta teoria jest prawdziwa – zmierza w kierunku pogłębiania się najróżniejszych problemów społecznych. Propozycje autorów „Ducha równości” pobrzmiewają populistycznie i mogą być trudne do przełknięcia dla gospodarczych liberałów.

Nie zostały jednak wzięte z księżyca. Ideały równościowe zaczynają być traktowane coraz poważniej. I coś rzeczywiście chyba jest na rzeczy. Wydaje się, że panujący model gospodarczy podporządkowany pogoni za wzrostem ma jakąś wewnętrzną wadę. Nie działa na naszą korzyść. Ostatni kryzys wyraźnie to obnażył. Autorzy „Ducha równości”  wskazują, gdzie tkwi błąd i starają się nas przekonać, że można go naprawić.

Richard Wilkinson, Kate Pickett, Duch równości. Tam gdzie panuje równość nawet bogatszym żyje się lepiej, 2011

Polub, podziel się:

Babcia Dolto czyli dziecko to nie małpa

Jakiś już czas temu, będąc na wakacjach we Włoszech – akurat uczyłam się włoskiego – kupiłam sobie książkę z przetłumaczonymi na ten język artykułami Françoise Dolto dla rodziców. Nazwisko było mi nieobce, spotkałam się z nim wcześniej w kolorowej kobiecej prasie – jakże przydatnym źródle wiedzy.

Już z pobieżnej, rwanej i fragmentarycznej lektury – wyzwanie językowe okazało się jednak spore – odniosłam dosyć pozytywne wrażenie; wiele z jej porad wydało mi się zaskakujących choć w gruncie rzeczy mądrych. Wówczas były to z mojej strony rozważania czysto teoretyczne… Dziś np. wiem już, że pomysł podawania deseru przed obiadem – bo co to za różnica w jakiej kolejności dziecko zje posiłek – odpada.

Natomiast idea, by uczyć dziecko niezależnego, krytycznego myślenia i indywidualizmu wciąż mi się podoba. Niewykluczone, że również do czasu… Pani Dolto stanowczo odradza powoływanie się w wychowaniu na dobry lub zły przykład innych dzieci. Naśladownictwo jest małpowaniem – przeciwieństwem „humanizacji” i dzieciom powinno się wyraźnie mówić, żeby nie wzorowały się na rodzeństwie czy kolegach. Jak się nad tym chwilę zastanowić, zalecenie zupełnie sensowne. Nikt przecież nie chce, by jego pociecha naśladowała głupie pomysły kolegów. Ta zasada ma jednak też zastosowanie do pozytywnych wzorców, do tych sytuacji, kiedy aż język człowieka świerzbi, żeby pokazać swojemu dziecku inne, które „daje taki dobry przykład!” Według Françoise Dolto jest to baaardzo poważny błąd, który może zakłócić prawidłowy rozwój.

Każde dziecko musi bowiem rozwijać się zgodnie z własną naturą, charakterem, upodobaniami i we własnym rytmie. Nigdy nie zrealizuje w pełni swojego potencjału, starając się upodobnić do kogoś innego.

Natomiast chcąc zwalczyć jakąś „naturalną” wadę swojego dziecka, rodzice nie powinni podejmować z nią walki. Wręcz przeciwnie, należy jak najczęściej podkreślać zdolności i pozytywne cechy dziecka. Każdy takowe ma. Choćby w zalążkowej postaci. Trzeba przekonać dziecko, że wykorzystując swoje wrodzone talenty może osiągnąć to, na czym mu zależy, np. zdobyć kolegów. Rozwijając swoje mocne strony, dziecko uczy się również panować nad sobą i swoimi słabościami.

„Energia poświęcona na walkę z rzekomymi defektami
jest energią niezainwestowaną w rozwijanie zalet
kryjących się w każdym człowieku.”

Pięknie to wszystko brzmi. W teorii przynajmniej. Z praktyką jest o wiele trudniej, wiem już o tym, choć dzieci mam jeszcze malutkie.

Pani Dolto pisała te słowa blisko trzydzieści pięć lat temu, a w moich uszach brzmią one zupełnie nowocześnie. Pisała też o wielu innych sprawach. Mimo, że część jej poglądów zapewne nie wytrzymała próby czasu, jej nazwisko bez wątpienia warto znać i warto czytać jej teksty.

Françoise Dolto, Les étapes majeures de l’enfance, 1994

Polub, podziel się: