Odrobina zdrowego populizmu

The Spirit Level

Nie wiem, jak Wy, ale ja bardzo lubię czytać książki o tym, jak naprawić świat. Ostatnio trafiłam na pozycję zupełnie wyjątkową, która – jakkolwiek by to nie brzmiało – otworzyła mi oczy. „Duch równości” jest jak dobra teoria spiskowa: mówi o rzeczach zaskakujących i oczywistych zarazem. Wskazuje również winnego wielu problemów społecznych. Wszyscy powinni go przeczytać. Zwłaszcza ci, których już sam tytuł odrzuca.

Mój entuzjazm częściowo można zapewne złożyć na karb tego, że w czasie lektury zostałam pełnoprawną matką wózkową, rozpychającą się w autobusach nie tylko z wielkim wózkiem (zawierającym niemowlę) ale i z bardzo rozbrykaną trzylatką. Wcześniej jeździłam autem. Nie bez znaczenia jest również fakt, że zbiegło się to z cięciami w naszym budżecie rodzinnym. W ich wyniku musiałam zrezygnować z podstawowego prawa współczesnej kobiety – wyprawy na wyprzedaże – i zaakceptować, że kurtka i buty sprzed kilku zaledwie sezonów są jeszcze dobre i co z tego że trochę już niemodne. Tego rodzaju niedogodności i wyrzeczenia okazały się doskonałym podkładem pod lekturę książki o cenie, jaką zamożne zachodnie społeczeństwa płacą za nierówności społeczne.

Czy zastanawialiście się kiedyś, jak to się dzieje, że przy niesamowitym postępie technologicznym i bezprecedensowym poziomie bogactwa jakość życia mieszkańców wielu wysoko rozwiniętych państw jest coraz gorsza? Lawinowo rośnie zapadalność na choroby psychiczne, zwiększa się przestępczość, coraz więcej osób ma problemy z otyłością i zdrowiem, dzieci i młodzież są coraz „trudniejsze”.

Okazuje się, że powyższe bolączki mają pewien wspólny mianownik – stopnień rozwarstwienia społecznego. W krajach o największych różnicach między biednymi i bogatymi skala owych problemów jest dużo poważniejsza niż w społeczeństwach egalitarnych. Dotyczy to wszystkich warstw społecznych, nie tylko „dołów”. Krótko mówiąc – w świetle tej teorii – na dużych nierównościach tracą również zamożni. Autorzy porównują je do trucizny, która zanieczyszcza wspólne środowisko i przed którą nikt nie może uciec.

Jak to wyjaśnić? Otóż ogromne rozwarstwienie bardzo ludzi stresuje. Człowiek ma naturalną tendencję do porównywania się z innymi i jeśli w takim porównaniu wypada blado, doznaje dotkliwego stresu. Zwłaszcza gdy towarzyszy temu ryzyko negatywnego osądu społecznego, niebezpieczeństwo, że wyląduje się niżej w hierarchii, że zostanie się uznanym za gorszego. To podobno najbardziej niszczący rodzaj stresu. W krajach o dużych nierównościach wszyscy – może z wyjątkiem „jednego procenta” plutokratów – żyją pod ogromną presją. Najdotkliwiej odczuwają ją oczywiście najbiedniejsi, ale i względnie zamożnym nie jest lekko. Ogromną energię muszą wkładać w utrzymanie swojego relatywnie dobrego statusu. A i tak czują się jak nieudacznicy, aspirując do poziomu życia tych najbogatszych, od których dzieli ich przepaść. Jak tu cieszyć się życiem, gdy na każdym kroku reklamy i celebryci uświadamiają nam, jakich pięknych rzeczy nie mamy, jacy wspaniali nie jesteśmy i na jakie cudowne i luksusowe życie nas nie stać? W książce przytoczona jest opinia, że ludzie skandalicznie bogaci powinni być dodatkowo opodatkowani za to, że całej reszcie ludzkości psują humor.

I to ten właśnie zły humor jest źródłem całego (no, prawie) zła. Zamiast pompować pieniądze w służbę zdrowia, aparat ścigania, więzienia, programy pomocy dla dysfunkcyjnej młodzieży, ratownictwo psychologiczne, czyli zamiast walczyć z każdym z tych problemów indywidualnie, tak jakby nie były one ze sobą powiązane – wystarczy zmniejszyć różnice w dochodach, czyli usunąć ich wspólne źródło.

W naszym kraju, który ma za sobą doświadczenie komunizmu, boimy się, że w zamian za równość trzeba będzie oddać wolność. Uważamy często, że nie ma sensownej alternatywy dla gospodarki rynkowej w neoliberalnym wydaniu. Jako społeczeństwo na dorobku, chcemy przede wszystkim bogacić się i wierzymy, że kiedy wreszcie nacieszymy się konsumpcją, przyjdzie czas na „być”. W świetle lektury „Ducha równości” nie jest to już takie oczywiste. Polska bogacąc się, bardzo się również rozwarstwia i – jeśli ta teoria jest prawdziwa – zmierza w kierunku pogłębiania się najróżniejszych problemów społecznych. Propozycje autorów „Ducha równości” pobrzmiewają populistycznie i mogą być trudne do przełknięcia dla gospodarczych liberałów.

Nie zostały jednak wzięte z księżyca. Ideały równościowe zaczynają być traktowane coraz poważniej. I coś rzeczywiście chyba jest na rzeczy. Wydaje się, że panujący model gospodarczy podporządkowany pogoni za wzrostem ma jakąś wewnętrzną wadę. Nie działa na naszą korzyść. Ostatni kryzys wyraźnie to obnażył. Autorzy „Ducha równości”  wskazują, gdzie tkwi błąd i starają się nas przekonać, że można go naprawić.

Richard Wilkinson, Kate Pickett, Duch równości. Tam gdzie panuje równość nawet bogatszym żyje się lepiej, 2011

Polub, podziel się:

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *