Historia, jaką lubię

Kiedy przeczytałam napisaną przez Tomasza Raczka recenzję z filmu „Powstanie Warszawskie”, długo nie mogłam przestać o nim myśleć (o filmie, w sensie) i natychmiast chciałam iść do kina. Niestety nie było mi to dane. Będę musiała jeszcze trochę poczekać. Ech…

Postanowiłam zatem poddać moją obsesję sublimacji i napisać o kilku książkach wokół tematu II Wojny Światowej, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie.

Pierwsza to „Mój wiek. Pamiętnik mówiony” – wywiad rzeka, który z Aleksandrem Watem przeprowadził Czesław Miłosz. Wat, futurystyczny literat, opowiada o swoim życiu, a przede wszystkim o swoich niezwykłych wojennych losach. W hiperskrócie: na początku wojny we Lwowie zostaje aresztowany przez NKWD, co skazuje go na rozłąkę z żoną i synkiem. W sowieckich więzieniach spędza blisko dwa lata, po czym trafia na zesłanie do Kazachstanu, gdzie udaje mu się odnaleźć rodzinę (również w międzyczasie tam zesłaną). Już po wojnie cała trójka wraca do Polski.

Druga książka to „Tajne państwo” Jana Karskiego, w której opisuje swoją udaną choć bezowocną misję udokumentowania i przemycenia na Zachód raportu o holokauście przeprowadzoną w nadziei, że alianci poznawszy prawdę „zrobią coś”, by zagładę zatrzymać. Jest to niewiarygodna historia godna hollywoodzkiej ekranizacji. Książka ma zresztą bardzo filmowy charakter, gdyż pierwotnie została napisana w formie scenariusza. Cóż, cel misji – według Karskiego przynajmniej – nie został osiągnięty. A Hollywood lubi happy endy.

Kolejna pozycja – „Wielka trwoga” Marcina Zaręby – to z kolei przykład historii ujętej socjologicznie, z perspektywy zwykłego, codziennego życia ludzi. Jej tematem jest atmosfera przejmującego strachu, jaka panowała w Polsce bezpośrednio po wojnie.

Tak się złożyło, że kupiłam tę książkę będąc w ciąży i po 150 stronach z 650, gdy dotarłam do rozdziału o ekscesach czerwonoarmistów, wymiękłam. Nie dlatego, że się znudziłam, nie dlatego, że źle się czyta, bo – choć jest to opracowanie naukowe – czyta się fantastycznie. Po prostu wyczerpała się moja zdolność do chłonięcia traumy, cierpienia i bólu. Od tamtej pory książka zbiera kurz, ale mam nadzieję, że uda mi się niebawem zebrać siły i przebrnąć przez pozostałe 500 stron.  Ale, ekhem… skoro fakt nieprzeczytania danej książki nie jest już uznawany za wystarczający powód, by się o niej nie wypowiadać, pozwalam sobie tu o niej napomknąć…

Nie przepadałam w szkole za historią, czego zawsze się wstydziłam. Racjonalnie rzecz biorąc ten „humanistyczny” przedmiot powinien mnie interesować. Tymczasem mój mózg w sposób zupełnie nieopanowany wypierał z pamięci wszelkie daty, fakty, nazwiska, które usilnie starałam się tam wtłoczyć i zachować. Niedawno dopiero zrozumiałam, że rodzaj historii, jakiego mnie uczono był w dużej mierze historią militarno-dynastyczno-geopolityczną, że tak się wyrażę. Niewiele było w niej tego, co mnie najbardziej interesuje, czyli aspektów „ludzko”-psychologiczno-socjologicznych.

Tego rodzaju lektury pokazują historię z takiej perspektywy, która nawet mnie zaciekawiła. Wynika to rzecz jasna z faktu, że i „Mój wiek”, i „Tajne państwo” opowiadają po prostu w zajmujący i poruszający sposób o niezwykłych losach nietuzinkowych osób. Czytając je, kręciłam głową z niedowierzaniem, że to wszystko wydarzyło się naprawdę.

Serdecznie polecam!

Dziecko tu i teraz

W opowiadaniu Alice Munro „Miłość dobrej kobiety” jest scena, w której trzech chłopców udaje się nad rzekę po powodzi. Dokonują tam makabrycznego odkrycia, które zmusza ich do szybkiego powrotu do miasteczka.

Wracali szybkim krokiem. Chwilami podbiegali, ale nie biegli. Podskakiwanie, snucie się, chlapanie – to wszystko ustało. Hałasy, które wydawali idąc w tamtą stronę – pohukiwania i wycia – też ucichły. Zauważali naniesione przez powódź rzeczy, ale mijali je. Właściwe przemierzali drogę zupełnie jak dorośli, w dość stałym tempie, najbardziej racjonalną trasą, pod ciężarem tego, gdzie musieli się udać i co następnie należało zrobić. Mieli coś tuż przed sobą, jakiś obraz przed oczami, który odgradzał ich od świata – coś takiego, co zdawała się mieć większość dorosłych. *

Kiedy przeczytałam ten fragment, zdałam sobie sprawę , że ta różnica między dorosłymi a dziećmi bywa często przyczyną mojego rozstroju nerwowego. Bo ja właśnie mam przed oczami mnóstwo rzeczy, które – co tu dużo mówić – przysłaniają trochę to, co tu i teraz. Np. to co za chwilę trzeba będzie zrobić, gdzie musimy zaraz dotrzeć, że komuś możemy przeszkadzać, że coś może się zepsuć, itede, itepe.

A moja mała córka interesuje się tym, co ma faktycznie przed oczami – owszem, coraz częściej, fiksuje się na jakimś obrazie mentalnym, marzeniu, które chciałaby natychmiast zrealizować, ale to jest jednak coś innego. Nie ma zazwyczaj problemu z uważnością, z byciem obecną tu i teraz. Raczej trudno ją oderwać od tego, co akurat ją pochłania. Z drugiej strony, nie sposób „zmusić” jej do zainteresowania się czymś, co tylko mamusi wydaje się warte zachodu. Np. latarnia, która stoi na drodze, przegrywa w konkurencji z przejeżdżającym akurat brązowym autem: Patrz! Złomek jedzie! Bum!

Dzisiaj jest chyba dzieciom trudniej niż kiedyś, bo żyjemy w zawrotnym tempie, mało jest czasu na „nicnierobienie”, podskakiwanie, snucie się, chlapanie, (…) pohukiwania i wycia. Rusz się! Pośpiesz się! Ile mam jeszcze czekać? Zobaczysz, nie zdążymy!

Danuta Wawiłow napisała o tym wiersz:

„Szybko”

Szybko, zbudź się, szybko, wstawaj!
Szybko, szybko, stygnie kawa!
Szybko, zęby myj i ręce!
Szybko światło gaś w łazience!
Szybko, tata na nas czeka!
Szybko, tramwaj nam ucieka!
Szybko, szybko, bez hałasu!
Szybko, szybko, nie ma czasu!

Na nic nigdy nie ma czasu…

A ja chciałbym przez kałuże
iść godzinę albo dłużej
trzy godziny lizać lody,
gapić się na samochody
i na deszcz, co leci z góry,
i na żaby i na chmury,
cały dzień się w wannie chlapać
i motyle żółte łapać
albo z błota lepić kule
i nie śpieszyć się w ogóle…

Chciałbym wszystko robić wolno,
ale mi nie wolno…

A to tylko jedna z ogromnej, coraz większej liczby rzeczy, których nie wolno…

Albo nie ma na coś czasu (zostaw te kwiatki, ucieknie nam autobus!), albo jest to niebezpieczne (nie wspinaj się, wybijesz sobie zęby!), albo komuś to przeszkadza (przestań wreszcie skakać i krzyczeć!)…

Jestem jak najbardziej za tym, żeby przyuczać dzieci do życia w społeczeńtwie i do szanowania siebie i innych. Poza tym nikt nie musi mnie przekonywać o tym, że świat aż roi się od zagrożeń, bo wyobraźnię katastroficzną mam rozwiniętą, jak mało co innego. Rzecz jasna, nie namawiam również do zaniedbywania swoich pociech.

Myślę sobie jednak, że dziś dzieciom naprawdę brakuje swobody. I że wszyscy – i mali, i duzi – bylibyśmy szczęśliwsi, gdybyśmy częściej mogli puścić dzieci samopas (w towarzystwie innych dzieci i we względnie bezpiecznym otoczeniu) i pozwolić im po prostu być tu i teraz, odkrywać świat i siebie, bawić się w to, na co akurat przyjdzie im ochota.

Okazuje się, że nie są to tylko fantazje leniwej matki. Są „poważne autoryrtety naukowe”, które przekonują, że dzieci potrzebują wolności oraz że można i należy bardziej im ufać. Jednym z takich autorytetów jest Peter Gray, autor książki „Free to Learn”, o której chcę napisać już od kilku tygodni, ale przeczytałam w niej tyle fascynujących rzeczy, że doprawdy nie wiem od czego zacząć.

Tak więc cdn…

A Wy, drodzy Czytelnicy co o tym myślicie? Czy powinniśmy dzieciom pozwalać na więcej?

* Nie mam pod ręką polskiego przekładu, pozwoliłam sobie więc chałupniczo przetłumaczyć ten fragment.

Alice Munro, The Love of a Good Woman w zbiorze New Selected Stories, 2011

Danuta Wawiłow, Szybko w zbiorze Wszędzie pachnie czekolada, 2012

O ryzykownych marzeniach

Ostatnio gdzie człowiek nie spojrzy, napotyka artykuły, książki, filmy o tym, że szkołę trzeba gruntownie zreformować. Można się z nich dowiedzieć, że edukacja w tradycyjnym kształcie zabija w dzieciach kreatywność, oducza ciekawości, samodzielnego myślenia i inicjatywy. O jednej z takich książek, którą z wypiekami na twarzy właśnie pochłaniam, zamierzam niebawem napisać. Kilka dni temu wpadł mi też w ręce bardzo interesujący tekst zatytułowany „Przestańcie kraść marzenia. Po co jest szkoła?”.

No i tak sobie czytam, zapalam się, w głowie aż mi buzuje.

Idę potem z dzieckiem do teatru na przyjemne przedstawienie. Cudem dostajemy ostatnie bilety. Jest super! Dziecko zadowolone, ja również, bo taka ze mnie dbająca o rozwój swej pociechy mama. I tylko pod koniec spektaklu rzednie mi mina, kiedy słyszę wyśpiewywany radośnie przez aktorów morał: (parafrazując) „Kochane dzieciaki, uważajcie na to, o czym sobie marzycie, bo jeszcze wam się spełni i będziecie potem żałować, oj tak, tak”.

Przedstawienie było na szczęście dla małych dzieci, które wszelkie morały puszczają mimo uszu. Poza tym ta niefortunna puenta została sztucznie i – moim skromnym zdaniem – nietrafnie doczepiona do poprzedzającej ją fabuły, można zatem zakładać, że nie wyrządziła przesadnej szkody.

Bohater sztuki, mały Liu, wykombinował sobie mianowicie, że kiedy zamieszka bez rodziców, to nie będzie musiał jeść szpinaku ani pomagać tacie w pracy i będzie mógł robić, co mu się spodoba. Dzięki czarom jego życzenie spełnia się. Chłopiec dość szybko orientuje się jednak, że to wyśnione życie na własną rękę mniej mu odpowiada, niż się spodziewał i że brakuje mu jednak rodziców.

Gdybym już koniecznie musiała formułować morał, to raczej mówiłby o tym, że ludzie potrzebują się nawzajem itd. itp.

Czy naprawdę po to biorę dziecko to teatru, żeby mi je tam temperowano, usadzano i uczono ostrożnego marzenia? Czy rolą teatru jest nawoływanie do rozsądku (cokolwiek miałoby to znaczyć)?

Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że ludzie, nie tylko dzieci, marzą często o idiotycznych rzeczach (np. w tekście do którego link znajduje się powyżej, w pkt 15. są zacytowane wyniki badań, zgodnie z którymi ponad 40% amerykańskich licealistek chce w przyszłości pracować jako asystentka gwiazdy), których realizacja raczej ich nie uszczęśliwi, ale to już całkiem inna historia…

Czy ktoś podziela moje święte oburzenie?

Źródło: Teatr Baj w Warszawie

Zaczarowane wycinanki, źródło: Teatr Baj

 

 

Wycieczka szkolna w księgarni, czyli o wciskaniu dzieciom kitu

Wczoraj rano byłam świadkiem następującej scenki.

Wchodzi do księgarni nieduża grupka dzieci, około ośmioletnich, z panią nauczycielką. Kierują się do sporego działu z literaturą dziecięcą, gdzie mogą sobie pobuszować, pooglądać książki, które je ciekawią, a nawet wybrać coś niedrogiego, co chciałyby kupić.

Po około kwadransie nadchodzi czas na część teoretyczną wizyty.

Nauczycielka: Popatrzcie, tu wiszą mapy. Piękne i tak zrobione, żeby nawet dziecko zrozumiało. O, a tu różne ciekawe książeczki, akurat na waszym poziomie. A ty, Piotrek, co tam oglądasz? Balcerowicz cię zainteresował? A czy to są audiobooki? Kto nam wyjaśni, co to są audiobooki?

Jakiś chłopiec: No, to są takie płyty, co się wkłada do takiego okrągłego…

Nauczycielka: Tak, to są płyty z nagranymi książkami, dla osób niewidomych, które nie mogą same czytać, tak by mogły poznawać różne piękne historie. No i dla leniuchów-kluchów, którym nie chce się czytać i wolą słuchać.

A powiedzcie mi, co jest podstawową cechą księgarni?

Dzieci: Jest tu dużo książek…

Nauczycielka: Tak, dobrze. Co jeszcze? Co nas tu otacza?

Jakieś dziecko: … półki?

Nauczycielka: Tak, ale co jeszcze? Co aż wali tu po oczach? Kasia, ściągaj mi tą czapkę, 20 stopni na dworze a ta czapkę zakłada! No… coś czego nie ma np. w waszym pokoju?

Pani z księgarni słabo protestuje: Wcale niekoniecznie…

Wychodzę, bo znam już prawidłową odpowiedź – coś czego nie ma np. w moim pokoju…

****

Wybrałam tylko co smakowitsze kąski (za to, przysięgam, nic nie ubarwiłam) z wypowiedzi tej dzielnej kobiety, która odważyła się zabrać zgraję dzieciaków do księgarni. Zdaję sobie sprawę, jak łatwo jest krytykować, stojąc z boku i jak trudna jest rola nauczyciela. Nie chodzi mi zresztą o to, by narzekać na nauczycieli.

Chciałabym raczej, by ta historyjka skłoniła wszystkich nas, dorosłych, którzy mamy kontakt z dziećmi do pewnej refleksji nad sobą. Dlaczego w naszej kulturze traktujemy dzieci z lekceważeniem, protekcjonalnie, szydzimy z nich, drwimy i zawstydzamy je? Dlaczego nie traktujemy ich poważnie, nie dbamy o to, co je ciekawi, co jest dla nich ważne? Dlaczego manipulujemy nimi i wciskamy im kit?

Chodzi o władzę i kontrolę. O to by jakoś nad dziećmi zapanować. Lepiej je sobie podporządkować.

Robimy to w dobrej wierze. Dla ich dobra. Pewnie też po prostu nie potrafimy inaczej.

****

Oddzielna sprawa, dlaczego niby wyprawa do księgarni ma służyć za pretekst do walki z bałaganem, który dzieciom – w odróżnieniu od dorosłych – zwykle nie przeszkadza?

Słyszałam kiedyś o głuchej dziewczynie, której słysząca mama w języku migowym nauczyła się tylko jednego słowa – bałagan.

Muszę wtrącić swoje trzy grosze…

W związku z awanturą o „Pierwszą książkę mojego dziecka” postanowiłam zrobić zestawienie książeczek promowanych w przedszkolu mojej córeczki.

Tu, na obczyźnie, w kraju, w którym mieszkamy, już począwszy od żłobka promuje się czytelnictwo w sposób dość chyba umiejętny – takie odnoszę wrażenie

Kiedy poszliśmy do przedszkola, dostaliśmy propozycję zaprenumerowania serii książeczek wydawnictwa l’Ecole des loisirs, które słynie z pięknych ilustracji. Cena była bardzo atrakcyjna, lubimy książki, więc spróbowaliśmy.

No i muszę powiedzieć, że nie żałujemy tego brawurowego kroku.

Poniżej przedstawiam próbkę naszej dotychczas zgromadzonej kolekcji (kilka pozycji zaginęło w akcji…):

"Le livre des couleurs" Soledad Bravi

“Le livre des couleurs” Soledad Bravi

"Super bobo" Benoit Charlat

“Super bobo” Benoît Charlat

"Chagrin tout doux" Sabine De Greef

“Chagrin tout doux” Sabine De Greef

"Grand Guili" Jean Leroy - Emmanuelle Eeckhout

“Grand Guili” Jean Leroy – Emmanuelle Eeckhout

"Les mains de papa" Emile Jadoul"

“Les mains de papa” Emile Jadoul”

"Boum! Bam! Boum!" Jeanne AshBe

“Boum! Bam! Boum!” Jeanne AshBe

"1 loup, 2 chiens, 3 culottes" Dorothee de Monfeid

“1 loup, 2 chiens, 3 culottes” Dorothée de Monfeid

"A quoi tu sers?" Raphael Fejto

“A quoi tu sers?” Raphael Fejto

"Pas sage? Alex Sanders

“Pas sage? Alex Sanders

"La tache du chat" Ramadier & Bourgeau

“La tache du chat” Ramadier & Bourgeau

 

"Tracteur" Anaïs Vaugelade

“Tracteur” Anaïs Vaugelade

Po co to pokazuję? Nie po to, by powiedzieć: „O, patrzcie! Inni to dopiero potrafią!”

Polak wszak potrafi.

Chodziło mi chyba o to, by pokazać, jak inni to robią – jakie książeczki podtykają dzieciom 3-4 letnim.

Nie są to wydawnictwa wybitnie wysmakowane ani awangardowe, ale jak na mój gust, spełniają warunki wartościowej książki dla małych dzieci. Wizualnie każda z nich reprezentuje nieco inny styl, są harmonijne kolorystycznie, nieprzeładowane, ale wyraziste. Poza tym mówią o sprawach ważnych i ciekawych dla dziecka (potwór, który przychodzi nocą do sypialni, wilk co zjada niegrzeczne dzieci – bo grzecznych nigdy nie widział, frajda z hałasowania, co się dzieje z plamą po praniu, itd.), prostym językiem, bez pedagogicznego smrodku, bez jakichś ideologicznych podtekstów (nie licząc jednego przykładu, w którym mama wyleguje się na kanapie z książką a tata taszczy zakupy – co za dekadencja!).

Myślę, że te książeczki pokazują, że można połączyć nienajgorszy poziom artystyczny z przystępnością, zabawą, atrakcyjnością. Przynajmniej u nas w domu cieszą się one powodzeniem, choć przyznaję, nie robiłam ankiety w piaskownicy.

A Waszym zdaniem, jakie książki dla maluchów zasługiwałyby na urzędowe nagłaśnianie?