Wycieczka szkolna w księgarni, czyli o wciskaniu dzieciom kitu

Wczoraj rano byłam świadkiem następującej scenki.

Wchodzi do księgarni nieduża grupka dzieci, około ośmioletnich, z panią nauczycielką. Kierują się do sporego działu z literaturą dziecięcą, gdzie mogą sobie pobuszować, pooglądać książki, które je ciekawią, a nawet wybrać coś niedrogiego, co chciałyby kupić.

Po około kwadransie nadchodzi czas na część teoretyczną wizyty.

Nauczycielka: Popatrzcie, tu wiszą mapy. Piękne i tak zrobione, żeby nawet dziecko zrozumiało. O, a tu różne ciekawe książeczki, akurat na waszym poziomie. A ty, Piotrek, co tam oglądasz? Balcerowicz cię zainteresował? A czy to są audiobooki? Kto nam wyjaśni, co to są audiobooki?

Jakiś chłopiec: No, to są takie płyty, co się wkłada do takiego okrągłego…

Nauczycielka: Tak, to są płyty z nagranymi książkami, dla osób niewidomych, które nie mogą same czytać, tak by mogły poznawać różne piękne historie. No i dla leniuchów-kluchów, którym nie chce się czytać i wolą słuchać.

A powiedzcie mi, co jest podstawową cechą księgarni?

Dzieci: Jest tu dużo książek…

Nauczycielka: Tak, dobrze. Co jeszcze? Co nas tu otacza?

Jakieś dziecko: … półki?

Nauczycielka: Tak, ale co jeszcze? Co aż wali tu po oczach? Kasia, ściągaj mi tą czapkę, 20 stopni na dworze a ta czapkę zakłada! No… coś czego nie ma np. w waszym pokoju?

Pani z księgarni słabo protestuje: Wcale niekoniecznie…

Wychodzę, bo znam już prawidłową odpowiedź – coś czego nie ma np. w moim pokoju…

****

Wybrałam tylko co smakowitsze kąski (za to, przysięgam, nic nie ubarwiłam) z wypowiedzi tej dzielnej kobiety, która odważyła się zabrać zgraję dzieciaków do księgarni. Zdaję sobie sprawę, jak łatwo jest krytykować, stojąc z boku i jak trudna jest rola nauczyciela. Nie chodzi mi zresztą o to, by narzekać na nauczycieli.

Chciałabym raczej, by ta historyjka skłoniła wszystkich nas, dorosłych, którzy mamy kontakt z dziećmi do pewnej refleksji nad sobą. Dlaczego w naszej kulturze traktujemy dzieci z lekceważeniem, protekcjonalnie, szydzimy z nich, drwimy i zawstydzamy je? Dlaczego nie traktujemy ich poważnie, nie dbamy o to, co je ciekawi, co jest dla nich ważne? Dlaczego manipulujemy nimi i wciskamy im kit?

Chodzi o władzę i kontrolę. O to by jakoś nad dziećmi zapanować. Lepiej je sobie podporządkować.

Robimy to w dobrej wierze. Dla ich dobra. Pewnie też po prostu nie potrafimy inaczej.

****

Oddzielna sprawa, dlaczego niby wyprawa do księgarni ma służyć za pretekst do walki z bałaganem, który dzieciom – w odróżnieniu od dorosłych – zwykle nie przeszkadza?

Słyszałam kiedyś o głuchej dziewczynie, której słysząca mama w języku migowym nauczyła się tylko jednego słowa – bałagan.

Polub, podziel się:

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *